Jan Wagner, najlepszy absolwent 2025/2026, opowiada o studiach, powrocie jako trener moot court i pasji do sportu.
Jan Wagner, najlepszy Absolwent rocznika 2025/2026, opowiada o tym, jak wyglądały jego studia, dlaczego wraca na Wydział jako trener drużyny mootowej i co ma wspólnego prawo z relacjonowaniem meczów siatkówki. Średnia 5,00 przez pięć lat. Czy przy takich wynikach istnieje życie poza nauką?
Nie będę czarował – takiej średniej nie zdobywa się, ucząc się do egzaminu wieczorem wcześniej. Przez miesiąc, półtora wokół sesji trzeba skupić się na nauce w stu procentach. Śmiałem się z kolegami i z narzeczoną, że na ten czas przeprowadzam się do BUW-u. Bardzo cieszyły mnie akcje w rodzaju „BUW dla sów" albo dyżury całodobowe – siedziałem do późna i wracałem do domu nocnymi autobusami. Ale poza sesją nie musiałem uczyć się cały rok. Miałem swój system: chodziłem na zdecydowaną większość wykładów. Nawet te mniej porywające dawały mi osłuchanie się z terminologią przedmiotu, którą później swobodniej się posługiwałem – a na egzaminach ustnych to widać i jest wysoko punktowane. Dzięki temu do sesji zostawało mi już tylko powtórzenie i douczenie się kilku rzeczy.
To brzmi jak wskazówka dla młodszych roczników.
Nie wiem, czy wskazówka – zdaję sobie sprawę, że frekwencja na wykładach bywa niska i że nie każdemu to podejdzie. Przy zapisach na ćwiczenia kierowałem się jeszcze jedną zasadą: wybierałem prowadzących, którzy z jednej strony czegoś wymagają i ciekawie prowadzą zajęcia, a z drugiej mają dobre opinie jako egzaminatorzy.
Do takich prowadzących pewnie trudno się dostać?
Rejestracje w USOS-ie obrosły na Wydziale legendami i mnie też udawały się ze zmiennym szczęściem. Na WPiA Wiki można sprawdzić, kto pozwala się dopisać do grupy – więc trzeba było mieć pod ręką gotowego maila z prośbą. Im dalej w studia, tym było łatwiej: mając już jakieś osiągnięcia, zawsze miałem „podkładkę", żeby poprosić o przyjęcie na zajęcia, choćby po to, by lepiej przygotować się do konkursu. Coraz więcej jest zresztą świetnych prowadzących z młodego pokolenia doktorantów, którzy robią to z ogromną energią.
Jak pojawił się pomysł udziału w moot courtach?
Moja droga mootowa jest specyficzna, bo przez cztery lata w ogóle nie byłem w tym środowisku. O konkursach dowiedziałem się na III roku od Kolegi, który dostał się do drużyny Vis Moota i startował dwa lata z rzędu – za drugim razem drużyna UW z nim w składzie po raz pierwszy w historii weszła do fazy pucharowej. Pod koniec IV roku trochę mnie zachęcił, a trochę sam się zainteresowałem. Rozmawiałem też z prof. Marcinem Dziurdą, opiekunem naukowym Vis Moota, który podkreślał, że to konkurs wymagający merytorycznie – oparty na wielu aktach prawnych i dobrym researchu, a przy okazji uczy łączenia wątków argumentacji i rozwija umiejętności miękkie. Udało mi się dostać do zespołu i trafiłem na świetnych ludzi: trenerów, m.in. mgr. Janka Ciaptacza, z którym teraz razem będziemy trenować drużynę oraz Jadzię Przybylską, z którą występowałem. Miała dużo większe doświadczenie i bardzo mi pomogła jako „świeżakowi". Ostatecznie w Hongkongu doszliśmy do 1/8 finału – o szczebelek wyżej niż koledzy rok wcześniej.
Wracasz na Wydział jako trener. Na czym polega ta praca?
Zostałem trenerem w wyniku sztafety pokoleń, którą staramy się budować. Lider naszego zespołu trenerskiego, Janek Ciaptacz, trenował kiedyś Filipa Olszówkę, potem Filip też został trenerem, razem trenowali mnie, a teraz ja dołączyłem do ekipy. Mamy nadzieję, że to będzie trwało. Rola trenera to przekazywanie wiedzy dalej. Wprowadzamy nowych członków drużyny w świat konkursu, uczymy, jak tworzyć pismo – oni piszą pierwsze szkice, my je oceniamy, pomagamy w researchu i wspólnie doprowadzamy pisma do końca. Potem zaczyna się faza ustna, czyli pleadingi: tłumaczymy strukturę wystąpienia i sposób formułowania argumentów, a następnie spędzamy długie wieczory na wspólnym pleadowaniu, zadając pytania i próbując przewidzieć to, co uczestnicy usłyszą od jury. Po drodze są jeszcze premooty – konkursy na próbę, organizowane w różnych miastach Europy, także w Warszawie – podczas których każdy ma szansę się sprawdzić przed arbitrami. Zresztą moot courty to nie tylko Vis: są też FDI, Jessup, konkurs frankfurcki i wiele innych. Mootisi z Visa zostają trenerami także tam – Jadzia i Pola trenują drużynę FDI.
Co takie konkursy dają – uczelni i samym uczestnikom?
Uczelni przydają prestiżu i rozpoznawalności na arenie międzynarodowej. Uczestnikom oczywiście też – to wartościowy wpis w CV, doceniany przez kancelarie – ale moot to raczej środek do celu niż cel sam w sobie. Chodzi o umiejętności, które zostają na lata. Śmiałem się po Graduacji, że gdyby nie Vis, w ogóle nie zgodziłbym się wygłosić przemówienia, bo nie czułbym się na siłach. Przez rok musiałem siedzieć tak jak teraz i argumentować, dlaczego sprzedawca nie mógł wysłać waniliowych storczyków albo dlaczego odbiorca nie odpowiada za to, że nie mógł ich odebrać. Dlatego chcielibyśmy, żeby z takiego treningu mogli korzystać również studenci spoza drużyn. Trwa właśnie kolejna edycja Vis Moot Academy – cyklu warsztatów prowadzonych przez kancelarie, organizowanego przez koło UW Moot Association – ale spotkania odbywają się późnymi wieczorami i są nieregularne. Naszym punktem docelowym są sformalizowane wydziałowe zajęcia z oral advocacy i pisania pism. Wydział rozszerza ofertę zajęć praktycznych, od warsztatów z procedur po pisanie umów, więc mamy nadzieję, że pomysł spotka się z dobrym przyjęciem, gdy wyjdziemy z konkretną propozycją.
Zanim był Vis, były konkursy z postępowania cywilnego.
To były moje wyzwania na IV roku. Postępowanie cywilne i tak trzeba wtedy zaliczyć, a że to mój obszar zainteresowań naukowych, mocno się przyłożyłem. Ogólnopolski Konkurs Wiedzy o Postępowaniu Cywilnym polega na twardej znajomości KPC – najpierw etap uczelniany, na którym każdy uniwersytet wyłania dwójkę reprezentantów, potem finał, tym razem w Kielcach: część pisemna i ustna. Udało się wygrać. Drugim był konkurs na glosę do wybranego orzeczenia Sądu Najwyższego, organizowany przez uniwersytet w Poznaniu – tam zająłem ex aequo pierwsze miejsce. Z tej samej dziedziny pisałem pracę magisterską i w niej chciałbym realizować doktorat.
Z którego osiągnięcia jesteś najbardziej dumny?
Z Hongkongu. Wchodząc w Vis Moota, nie wierzyłem, że coś takiego jest możliwe. Nastawiałem się, że będę researcherem drużyny, że będę podpowiadał osobom pleadującym, jak można argumentować – w pracy prawniczo–teoretycznej czułem się dobry, ale w wystąpieniach ustnych nigdy nie czułem się wybitny. Tymczasem zostałem wytypowany do występowania. Ogromną pracą – moją, trenerów i Jadzi – doszliśmy do poziomu, na którym znaleźliśmy się w gronie szesnastu najlepszych drużyn i mogliśmy jak równy z równym rywalizować z najlepszymi uniwersytetami świata. Najtrudniejsza do powtórzenia byłaby jednak średnia 5,00. Sprawdziłem sobie w USOS–ie: dwadzieścia pięć egzaminów z przedmiotów obowiązkowych i kierunkowych, a razem z Erasmusem, blokami, specjalizacjami i ogunami – czterdzieści osiem różnego rodzaju zaliczeń. Żeby nie zaliczyć ani jednej wpadki, potrzeba było sporo szczęścia. Gdybym z dzisiejszą wiedzą cofnął się na I rok, drugi raz pewnie by się nie udało. Choć śmieję się, że IV i V rok przeszedłbym łatwiej, gdyby na początku przydarzyła się jakaś trójka – nie byłoby takiego ciśnienia.
A rok, który wspominasz najlepiej?
III – Erasmus w Lublanie. Też były przedmioty i egzaminy, ale w zupełnie innym klimacie. Piękny kraj, ciekawe zajęcia. Mniej przyjemnie zrobiło się dopiero po powrocie, kiedy trzeba było zdać zobowiązania i postępowanie administracyjne.
Na koniec pytanie z innej beczki: życie poza prawem?
Moim dziecięcym marzeniem było zostać dziennikarzem sportowym. Od małego kibicuję sportom wszelakim, dziś szczególnie olimpijskim. Na I roku zacząłem nawet współpracować z redakcją sportową Poinformowani.pl – przez prawie dwa lata pisałem newsy, zapowiedzi i relacje. Świetnie się przy tym bawiłem, ale pamiętam mecz siatkarek Polska–Tajlandia, późną nocą. Prowadziłem relację na żywo, dziewczyny przegrywały 2:0 i liczyłem, że to się zaraz skończy i pójdę spać – a one odkręciły wynik i wygrały 3:2. Nie złościłem się, że mecz trwa; byłem wściekły, że muszę dalej robić relację. Wtedy zrozumiałem, że ta praca trochę odziera kibicowanie z emocji. Sport jest dla mnie odskocznią, więc wolę go łączyć z podróżowaniem. Po oddaniu pracy magisterskiej spontanicznie kupiłem bilet z odsprzedaży na półfinał French Open i byłem na tym głośnym meczu Mai Chwalińskiej z Dianą Schneider.
A najbliższe plany?
Priorytetem jest egzamin na KSSiP na przełomie października i listopada – docelowo chciałbym iść w kierunku zawodu sędziego. Doktorat traktuję jako ścieżkę równoległą*. Egzamin wymaga powtórzenia materiału z całych studiów i nauczenia się kilku ustaw na pamięć, więc wyzwanie jest spore. *Po przeprowadzeniu wywiadu Jan Wagner otrzymał wyniki rekrutacji do Szkoły Doktorskiej – od października zostanie doktorantem na naszym Wydziale. Gratulujemy!
Na Graduacji mówiłeś: „nie zwalniamy tempa".
Niby tak, ale na chwilę trzeba się zatrzymać i odpocząć. A potem dopiero dalsze wyzwania.
Dziękujemy za rozmowę i trzymamy kciuki.
Wywiad przeprowadzony przez Sekcję Promocji
